środa, 4 lutego 2015

Z PUNKTU WIDZENIA Homo Sapiens - Dysortografia – choroba czy chorobliwy wymysł?




Dysortografia – cóż to takiego… posłużę się pierwszą lepszą Wikipedią i przytoczę ów definicję, a głosi ona iż jest to: specyficzne zaburzenie w nauce pisania, objawiające się popełnianiem błędów ortograficznych pomimo znajomości zasad pisowni i odpowiedniej motywacji do poprawnego pisania. Dysortografia może być korygowana, jednak całkowite ustąpienie objawów występuje bardzo rzadko.

Szczerze osobiście twierdzę, że jest to  szeroko pojęta BUJDA i to na resorach!

Posłużę się sytuacją.

Siedzę sobie koło koleżanki, która robi notatki, patrzę w zeszyt i widzę, że pisze wyraz harfa (przykładowo) raz przez ‘h’, a raz przez ‘ch’.  Mówię jej, że poprawnie jest przez ‘h’. Pisze dalej i patrzę, że znów popełnia błędy.  No sooryy… ale wystarczy troszkę chyba ruszyć mózgownicą i zapamiętać co przed chwilą było mówione. Zwróciłam uwagę znowu, a ta się tłumaczy, że ona ma papiery. No bez  jaj…

Ok, jestem w stanie zrozumieć, że to może tyczyć się osób niepełnosprawnych, z chorobami umysłowymi, którym sprawia trudność czytanie i pisanie, gdzie tym samym dysortografia łączy się z dysleksją i dysgrafią. Jednak czy ta pierwsza nie jest trochę nadużywana przypisując ją osobom całkiem sprawnym umysłowo i nie mającym problemu z wysławianiem się, czytaniem i logicznym pisaniem? Ja uważam, że zdecydowanie tak. I wybacz jeśli jesteś takową osobą i poczujesz się urażony, no ale nie oszukujmy się. Moim skromnym zdaniem przyczyną tej wyimaginowanej dysortografii jest po prostu umysłowe lenistwo!  I są to raczej braki w znajomości zasad pisowni i brak motywacji. Nie chce się ludziom zapamiętać ze po ‘p,b,t,d,k,g,h,j, w' pisze się ‘rz’ (piszę to z pamięci, bo to wyniosłam ze szkoły) i pisząc odpowiedni wyraz po prostu zastosować się do zasady. W czasach podstawówki mieliśmy rewelacyjną Panią od j. polskiego, którą z pewnością każdy pamięta kto miał z nią lekcję. Kolokwialnie mówiąc i szczerze w tamtym czasie ‘klęło się’, dziś można jej tylko podziękować. I dziękuję. :) Ów pani co lekcję robiła nam dyktanda składające się z kilkunastu pojedynczych wyrazów, nie było przeproś. Mieliśmy też specjalną książkę do ortografii, z której robiło się w domu ćwiczenia i dawało do sprawdzenia. I naprawdę raz było lepiej raz gorzej, ale człowiek się starał i się kształcił. Dziś dziecko jest oporne na ortografię? Nie ma problemu rodzice załatwią papiery. Nawet nie muszą załatwiać po prostu wystarczy nie myśleć co się pisze i gotowe. Fakt były przekręty i dawniej, ale nic nikogo nie usprawiedliwia. I to, że ktoś się ‘chwali’, że ma rozpoznaną dysortografię mówi tylko tyle, że zbijał bąki w szkole i poszedł na tak zwaną łatwiznę. Warto jednak się kształcić i udoskonalać tylko problem w tym, że ludziom się nie chce… Tylko, że to naprawdę nie wymaga niewiadomo jakiego wysiłku. Ok, jestem w stanie zrozumieć, że ktoś popełnia błędy w jakiś wyrazach, które pierwszy raz słyszy, no ale żeby robić byki w jakiś najprostszych wyrazach typu żaba, harfa, rzeka (rzaba, charfa, żeka – od razu widać, że komicznie to wygląda i na pierwszy rzut oka nie wiadomo w ogóle co to za wyraz). Także, zachęcam leniuchów ortograficznych by jednak podnieśli swój level . ;) Bo nikt nie mówił, że będzie łatwo jedni mają większe predyspozycje do nauki polskiego inni do matematyki itd. Jeśli w polskim są takie dysfunkcje to ja poproszę takowe z matematyki! I nawet przytoczę definicję: specyficzne zaburzenie w nauce liczenia, objawiające się popełnianiem błędów matematycznych pomimo znajomości zasad i odpowiedniej motywacji do poprawnego liczenia. Dysmatematyczność może być korygowana, jednak całkowite ustąpienie objawów występuje bardzo rzadko. A co tam. Brzmi pięknie prawda? :) Z matmy byłam noga w szkole i z chęcią bym przytuliła papier, który dawałby skuteczne alibi w totalnej olewce nauki tego pasjonującego przedmiotu, ale niestety nikt forów nie dawał i trzeba było nauczyć się liczyć...